Island Dolphin Care 2009

Za tydzień, a dokładniej 3 lipca wyruszam z kolejną rodziną do ośrodka na terapię. Będziemy tam prawie miesiąc i myślę, że znów przyjadę z głową pełną pomysłów i z sercem pełnym wrażeń.
Oczywiście, tak szybko jak to będzie możliwe umieszczę swoje sprawozdanie z pobytu. Namówię także mamę chłopca, z którymi jadę, aby napisała kilka słów od siebie. Wiem, że relacje rodziców cieszą się ogromnym powodzeniem i dużą czytelnością na mojej stronie.
Zachęcam także wszystkich tych, którzy byli już w tym roku i tych, którzy pojadą za kilka miesięcy, piszcie o swoich wrażeniach i doświadczeniach. To naprawdę pomaga innym rodzinom w zorganizowaniu i zaplanowaniu wyjazdu!

Kolejna relacja rodzica z pobytu w IDC

W jednym z ostatnich artykułów, pisałam o pobycie polskich rodzin w Island Dolphin Care w 2008 roku.  Magda, Michał i Hubert Lesiak byli tam juz drugi raz, z czego oczywiście bardzo się cieszę. Poprosiłam Magdę, aby podzieliła się swoimi wrażeniami i napisała kilka słów, które umieszczam poniżej.  Życze miłego czytania.

Już po raz drugi mam ogromną przyjemność pisać o naszej rodzinnej wyprawie do malowniczego miejsca, w którym delfiny żyją w harmonii z człowiekiem. Tym miejscem jest oczywiście Island Dolphin Care w Key Largo na Florydzie.

Kiedy przyjechaliśmy tam 10 lipca, w amerykańskim ośrodku przebywała już jedna polska rodzina. Co więcej razem z nami przyleciała kolejna rodzina z Polski. Przez cały tydzień w terapii udział brało troje polskich dzieciaków! Była również z nami Anna Kolan-Zwolińska. Było fantastycznie, wymienialiśmy się poglądami, spędzaliśmy wspólnie czas.

Jak rok temu, terapią Hubcia zajęła się Deena Hoagland. Była zachwycona jego postępami, widziała go przecież rok wcześniej, kiedy był dzieckiem leżącym! A teraz sam siedział, sam wstawał przy meblach, interesował się zabawkami! Byłam bardzo szczęśliwa i dumna z mojego syna.

Już w poniedziałek zaczęliśmy intensywna terapię. W tym roku najpierw zajęcia w klasie, później pływanie. Hubert w klasie już od pierwszych zajęć nie płakał, nie marudził, a wręcz przeciwnie, interesował się wszystkim. To też było ogromnym zaskoczeniem dla Deeny ponieważ w zeszłym roku właśnie na zajęciach w klasie Hubert się buntował, płakał i nie chciał wykonywać żadnych prac.

Teraz bez problemu siedział w swoim krzesełku i z zainteresowaniem czekał na zadanie.

Zaraz po klasie szykowaliśmy się do pływania. Tu też postępy! Hubert bardziej interesował się delfinem, chętniej dotykał go. Najbardziej lubił jak skaczą, dlatego też na koniec każdych zajęć Fiji skakał specjalnie dla niego. To także ważne ćwiczenie -skupienie uwagi na jednej rzeczy i podążanie wzrokiem, bo przecież skaczący w wodzie delfin zawsze jest w innym miejscu.

Każdego dnia praca z Hubciem dostarczała nam wiele radości i satysfakcji. W końcu ta praca przerodziła się w zabawę. Island Dolphin Care to miejsce wspaniale wyposażone we wszystkie niezbędne do zajęć przyrządy i zabawki. Niczego nie może zabraknąć dzieciakom, a wszystkie prace zrobione przez dzieci zabierane są do domu. Do dyspozycji są farby, kredki, mnóstwo zabawek. Dużą zaletą są sale odpowiednio przystosowane dla każdego dziecka. Bardzo miło spędza się tam czas, a jeszcze milej myśli o powrocie w następnym roku. Czuć, że nasze dzieci nie są nikomu obojętne. Oczywiście można pomyśleć, że za takie pieniądze zrobią wszystko, ale to nieprawda. Mentalność ludzka jest tam inna, ludzie są życzliwi, okazują swoje uczucia i zawsze kiedy trzeba dodają otuchy i sił do walki, nie pozwalając poddać się.

Hubert, podobnie jak w zeszłym roku, poczynił postępy. Umie „puścić” buziaka , utrzymuje dłużej zabawki w rączkach, skupia uwagę na tym co robi, sam chętniej zagląda w nasze oczy, więcej i szybciej wstaje, ponadto jest już gotowy do chodzenia, wokalizuje więcej dźwięków. Cały zespół, który pracuje nad poprawą i rozwojem Hubcia w Polsce zauważył postępy! Myślę, że wszyscy, tj: my, cała nasza rodzina i rehabilitanci przekonaliśmy się, że delfinoterapia naprawdę działa!!! A prawda jest taka, że bardzo baliśmy się tego wyjazdu. Efekty zeszłoroczne jak najbardziej były i robiły wspaniałe wrażenie ale…mógł być to zbieg okoliczności. Nie był, teraz jesteśmy tego pewni. Będziemy robić wszystko, aby wrócić tam w przyszłym 2009 roku. Szkoda tylko, że możemy być tam tak krótko, bo to zaledwie 3 tygodnie. Niestety tylko 3 w zasięgu całego roku, ale za to jedne z najwspanialszych…


Jeśli wszystko się uda, w przyszłym roku planuje lecieć z nami kolejna Polska rodzina. Trzymajcie kciuki!



Pozdrawiam serdecznie

Magda Lesiak



Kasia Kościelniak w Island Dolphin Care

Wreszcie dotarłyśmy do domu. Piszę „wreszcie”, bo podróż zajęła nam bardzo dużo czasu, ze względu na duże opóźnienie obydwu samolotów.

Zgodnie z moją obietnicą piszę więcej o moim tegorocznym pobycie w Island Dolphin Care. Jak już wcześniej pisałam w tym roku wybrałam się do ośrodka z Kasią Kościelniak i jej mamą Marzeną.

dokonywanie wyboru

Kasia cierpi na autyzm, ma problemy w komunikowaniu się z otoczeniem, nie potrafi w sposób adekwatny ukazywać swoich emocji. Często, gdy czegoś chce krzyczy, płacze albo ucieka. Podobnie jest, gdy jej się coś podoba i bardzo czegoś pragnie.

Tak więc praca nad rozwijaniem umiejętności komunikowania się dziewczynki z otoczeniem była głównym celem terapii i wizyty w IDC.

Przez pierwsze dni terapii Kasia bardzo mocno buntowała się (krzyczała i płakała), gdy stawiano jej określone wymagania i to zarówno podczas zajęć w klasie jak i w wodzie. Wszystko chciała robić po swojemu, nie słuchając poleceń z zewnątrz (co jest typowe dla autyzmu). Kolejne dni, na szczęście wyglądały zupełnie inaczej. Mam nadzieję, że pokazałyśmy (Gretchen i ja) mamie, jak pracować z oporem Kasi i że będzie starała się podobnie pracować z nią w domu. Kasia uczęszcza do ośrodka w miejscu, w którym mieszka. Prowadzi się tam jedynie zajęcia grupowe. Niestety nie ma terapii indywidualnej, która jest bardzo konieczna przy pracy z dzieckiem z autyzmem. Dziewczynka nie ma także możliwości, aby jakiś terapeuta pracował z nią w domu. Pozostaje praca indywidualna rodzica z dzieckiem.

Cieszę się, że Marzena wyjechała z ośrodka z głową pełną pomysłów na dalszą pracę z Kasią. Przedstawione jej zostały różne narzędzia przydatne do pracy z dzieckiem z autyzmem. Jednym z nich jest specjalny komputer z monitorem dotykowym i bardzo dobry program edukacyjny „Boardmaker with Speaking Dynamically Pro”, który przeznaczony jest nie tylko do nauki dzieci z autyzmem. Podstawową wadą komputera i programu jest jego cena. Wspólnie z Gretchen (jedną z terapeutek ośrodka) pokazałyśmy mamie, jak można samemu wykonać pewne pomoce naukowe, które w dużej części mogą zastąpić owo oprogramowanie. Z kolei wadą takiego rozwiązania jest to, że wiąże się ono z nagromadzeniem dużej ilości papieru, segregatorów i kartek. Wszystko jest to kwestią indywidualną powiązaną z zasobnością portfela. Z własnego doświadczenia wiem, że albumy i segregatory ręcznie robione, świetnie spełniają swoją rolę, jednakże program i komputer, który znam z IDC robi na mnie ogromne wrażenie i chętnie polecę go tym, którzy mogą wydać na to pieniądze.

Marzena zobaczyła i nauczyła się także, jak tworzyć i pracować z planem dnia, tak aby zadania, wymagania i oczekiwania wobec Kasi były bardziej zrozumiałe i przewidywalne dla niej. Myślę, że ważnym punktem podczas terapii było pokazanie mamie Kasi, w jaki sposób ustalać nagrody, jak nimi „manipulować” aby zwiększyć motywację dziewczynki i jak konsekwentnie wymagać od niej wykonania zadanego polecenia.

W drugim tygodniu naszego pobytu dołączyły do ośrodka kolejne dwie rodziny z Polski. Dzięki temu było weselej, a rodzice mogli powymieniać się własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami. Dużo czasu po terapii spedzałyśmy z Magdą, Michałem i Hubciem Lesiakami, którzy zresztą byli już w IDC w zeszłym roku. Wspólnie planowaliśmy i spędzaliśmy wieczory, co przysporzyło nam dużi radości i dostarczyło wielu miłych chwil. Szkoda tylko, że tak krótko.

Teraz czekam na Deenę, Pete’a Hoaglandów oraz na Gretchen Thomasson, którzy planują przyjazd do Polski na początku przyszłego roku, w celu propagowania delfinoterapii wśród polskich rodzin. Nie jest to jeszcze rzecz pewna, a więc nie będę rozpisywać się za dużo. Jak tylko zostaną dograne szczegóły na pewno dam znać i napiszę.

Polskie Rodziny w IDC

Pisze bardzo krotko, bo nie za wiele mam tez czasu. Na pewno umieszcze wiecej, jak wroce do Polski. Niestety moj pobyt w osrodku w tym roku dobiega konca. Przyjechalam dwa tygodnie temu z jedna z polskich rodzin. Kasia, tak ma na imie dziewczynka, ktora bierze udzial w tegorocznym programie terapii poczynila postepy, a mama Marzena wraca do domu pelna wrazen i pomyslow na dalsza prace z corka w domu. Mysle, ze dowiedziala sie tu wiele, jak i czego wymagac od Kasi oraz przede wszystkim jak rozwijac umiejetnosc komunikowania sie dziewczynki z otoczeniem.

Nie zawsze bylo latwo i nie zawsze Kasia chciala wspolpracowac z terapeutami, ale dzieki naszej konsekwencji i uporowi pokazalismy Marzenie, jak zwalczac krzyk i bunt Kasi (Kasia cierpi na autyzm i nie potrafi w sposob adekwatny i aprobowany porozumiewac sie z otoczeniem).

Po tygodniu naszego pobytu, dolaczyly do nas kolejne dwie rodziny z Polski. Dzieki temu wspolnie i wesolo spedzalismy czas wolny w Key Largo, a rodzice mieli czas, aby powymieniac sie wlasnymi doswiadczeniami i spostrzezeniami.

Wiecej o naszym pobycie napisze juz niedlugo. Umieszcze tez zdjecia Kasi (ktore sa naprawde wspaniale), rowniez na polskiej stronie Island Dolphin Care. Zapraszam wszystkich do odwiedzania stron. Pozdrawiam i przepraszam za brak polskich znakow, ale nie mam teraz mozliwosci korzystania z polsiej klawiatury.

Island Dolphin Care 2008

Za tydzień kolejny raz wyruszam zdobywać doświadczenie w IDC. W tym roku wyjątkowo dużo rodzin z Polski bierze udział w terapii, co będzie wiązało się z nowymi przeżyciami i wrażeniami rodziców. Oczywiście czekam na pisemne relacje od wszystkich tych, którzy będą chcieli napisać coś od siebie. Dla każdego znajdzie się miejsce na tej stronie. Ja, oczywiście również napiszę coś z własnego punktu widzenia i o moich nowych doświadczeniach terapeutycznych. Pozdrawiam wszystkich i życzę miłych wakacji.

Czy jest nam potrzebne delfinarium?

[singlepic=167,320,240,,left]Delfiny – to „ludzie morza” pisał wielki cetolog prof. Tomilin. Od zarania fascynują człowieka. Wiele gatunków rzędu Cetacea pozbawionych, nie wiedzieć dlaczego, zgubnych dlań antropofobicznych cech, od wieków z łatwością wpadają w prymitywne pułapki zastawiane przez człowieka… także i dzisiaj, choć są one już bardziej wyrafinowane.

Ludzka fascynacja wielorybami i delfinami nie czyniła żadnych przeszkód w uprawianiu masowych mordów na tych zwierząt (nawet dla „sportu”) i całkowitemu ich wykorzystywaniu w wielu gałęziach przemysłu.

Dziś, poza (nie)licznymi przypadkami we wschodniej i południowej Azji, okolicach Alaski i na Azorach, ssaki morskie mogą raczej bezpiecznie przebywać w swoim skażonym i ciągle zatruwanym wielkim błękicie.

Delfiny wszelakich gatunków, aby przetrwać muszą przyswajać sobie nową wiedzę. Nie tylko rekiny i orki stanowią dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo, ale i wszelkie śruby napędowe jednostek pływających, niewidzialne przez ich sonary sieci, czy też jakże częste na morskich szlakach katastrofy tankowców.

Amerykanie jako pierwsi zorientowali się, że utrzymywanie delfinów w warunkach trwale ograniczonych od morza może przynieść wiele korzyści nie tylko wojsku, ale także ludności cywilnej. Bodźcami do rozwoju delfinariów stały się badania naukowe, delfinoterapia oraz chęć czerpania zysków z przedstawień tresowanych zwierząt. I zaczęło się od Florydy w latach 30. XX wieku. Eksperymentowano z wieloma gatunkami waleni: orki, orki karłowate, grindwale, białuchy, delfiny zwyczajne, długoszczękie, krótkogłowe, risso, butlonosy, sotalie, inie, morświny zwyczajne, bezpióre, i pewnie wiele innych. Obecnie w Europie jest wiele aqua-parków, cyrków, ZOO, delfinariów, gdzie przetrzymuje się delfiny; głównie butlonose (Tursiops truncatus), gdyż te zdecydowanie najłatwiej utrzymują się w warunkach sztucznych, nie są zbyt agresywne, łatwo poddają się tresurze, co ważne – jedzą stosunkowa mało ryb, a przede wszystkim ujmują swoim wyglądem i zachowaniem każdego(sic!) człowieka (może z wyjątkiem ludzi bezdusznych)…. Mówiąc delfin – czasem bezwiednie kojarzymy to pojęcie właśnie z tym gatunkiem. Trudno więc byłoby odebrać mu miano morskiego ambasadora ssaków.

Chów delfinów (szczególnie hodowla) nigdy nie był usłany sukcesami.

Człowiek pomyślał ekonomicznie i począł budować ośrodki blisko mórz, aby mieć łatwy, nieograniczony, a głównie tani dostęp do wody morskiej. Według moich badań (1996-1998) wszystkie delfinaria tego rodzaju w Europie posiadały więcej problemów zdrowotnych ze swoimi podopiecznymi w porównaniu do ośrodków wybudowanych w głębi kraju i korzystającej z wody słodkiej z dodawaniem soli, stosowaniem skomplikowanej filtracji, utleniania i dezynfekcji.

Wszakże idea budowy delfinarium pojawiła się już w latach 70. w poznańskim oraz warszawskim ZOO, do napisania tego krótkiego artykułu skłoniły mnie dziwne informacje docierające z Torunia, Tarnowskich Gór, Wrocławia o planowaniu budowy „pierwszego polskiego aqua-parku z delfinami”.

Zagadnieniu wieloaspektowej możliwości budowy pierwszego w Polsce delfinarium poświęciłem kilka lat, w których odbyłem wiele podróży do delfinariów (i nie tylko), poznawałem różne sposoby i metody ich prowadzenia, spędzałem dniami i nocami wiele godzin podpatrując delfiny, ich zachowania stadne, pokarmowe, godowe… Oprócz butlonosów widziałem utrzymywane białuchy, orki, grindwale, morświny, delfiny krzyżowate, inie, a nawet bardzo już rzadkie morświny bezpióre.

Bezsprzeczny jest fakt, iż gdyby nie delfinaria i badania (prowadzone niestety głównie w USA) nie widzielibyśmy tyle o delfinach, o ich zdolnościach, możliwościach poznawczych, a nawet terapeutycznych!

Z powyższych słów nadal nie wynika czy jestem adwersarzem, czy też adherentem istnienia delfinów w warunkach niewoli, szczególnie w Polsce. Pragnę już w tym miejscu napisać Szanownemu Czytelnikowi, iż tak(!), jestem zwolennikiem budowy delfinarium.

Jednak pod kilkoma znaczącymi warunkami:

  1. jeśli jest to gatunek Tursiops truncatus, urodzony w niewoli, bądź bardzo długo przebywający w niewoli
  2. jeśli jest to przedstawiciel każdego zagrożonego gatunku (np. wszystkie gatunki delfinów rzecznych; i są możliwości na jego odpowiednie utrzymywanie, celowo nie piszę – spełnione warunki określone do potrzeb danego gatunku, ponieważ takowe nie istnieją dla wszystkich gatunków waleni)
  3. jeśli z założenia dany ośrodek nie powstaje w celu szybkiego zwrotu poniesionych kosztów, czyli głębokie nastawienie na czerpanie sporych zysków przykryte szczytnymi celami, które czas rychło rozmyje
  4. jeśli zostanie zatrudniony odpowiedni, tj. przeszkolony, personel do obsługi, pielęgnacji zwierząt oraz do umiejętnego promowania, zarządzania i kontrolowania ośrodka (aby nie powtórzyła się skandaliczna sytuacja opisana w raporcie dotyczącym angielskich delfinariów)
  5. jeśli powstanie nowoczesny ośrodek w odpowiednim miejscu!!!! Czyli nie jako dodatek do aqua-parków, i nie jako osobny ośrodek z wymalowanymi ścianami akrylową, niebieską farbą, w mało znaczącym mieście z betonowymi przyległymi parkingami i budkami serwującymi żywność typu fast-food
  6. jeśli będzie prowadzona prawdziwa(!!!!) działalność edukacyjna oraz możliwość prowadzenia fachowej(!!!!) delfinoterapii
  7. jeśli powstanie specjalna infrastruktura – dodatkowe zbiorniki, system bezpiecznej dezynfekcji i filtracji, ogrzewanie, a także pomieszczenia dla personelu, osób przebywających w ośrodku czy korzystających z niego w ramach leczenia, prowadzenia badań naukowych

Moim skromnym zdaniem nie spełnienie powyższych warunków budzić powinno niepokój nie tylko związany z losem zwierząt, ale i wydanymi pieniędzmi na to dość spore przedsięwzięcie.

Według własnych badań, delfiny budzą ogromne zainteresowanie pośród dzieci. Delfin wygrywał z łatwością z lwem, słoniem, żyrafą, nosorożcem. Spotkanie i dotknięcie delfina to marzenie naprawdę dla wielu polskich dziec! Mieszkańcy pięciu największych miast polskich popierało (w ponad 97%) ideę budowy delfinarium w Polsce, nie mając przy tym pojęcia co to jest –morświn.

Uważam, że najrozsądniejszym miejscem na budowę delfinarium, w warunkach panujących w Polsce, jest teren ogrodu zoologicznego. Najlepsze warunki na to przedsięwzięcie posiadają dwa ogrody: Nowe ZOO w Poznaniu i ZOO w Gdańsku-Oliwie. Oczywiście z przyczyn finansowych powinien to być wyodrębniony ośrodek, tzn. wejście za dodatkową opłatą, a z powodu szczególnego bezpieczeństwa zwierząt i ludzi z osobną kadrą zarządzającą podlegającą dyrektorowi danego ZOO.

Nie zapominajmy, ze delfiny to zwierzęta. Dla przyrodnika to jeden z pośród milionów genialnie przystosowanych do życia w swoim środowisku nadal trwający gatunek. Izolacja tego gatunku poprzez budowanie osobnych ośrodków, poza terenem ZOO, czyni z tych zwierząt swoisty produkt rynkowy. Jakże zinterpretować fakt wydania od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych (koszt zależny od wiedzy i projektu) dla 3-5, a może nawet siedmiu delfinów butlonosych? To jak budowanie teatru dla aktorów, którzy muszą tę inwestycję zwrócić. A jeśli coś się nie powiedzie? Plan B – pływalnia miejska?

Delfinarium na terenie ZOO to ogromny napęd dla całego ogrodu! Więcej zwiedzających, więcej pieniędzy, większe możliwości edukacyjne, nie hamując przy tym możliwości tworzenia profesjonalnego ośrodka terapeutycznego. To ogromny poligon dla przyrodników, psychologów, terapeutów, rehabilitantów, itp.

Delfinoterapia to ważna i skuteczna (przy wielu jednostkach chorobowych) metoda leczenia lub jego wspomagania. Już pierwsze wyniki badań pioniera tej metody dr. Natansona były wielce obiecujące, a wykorzystanie delfinów do takich celów w dużej mierze usprawiedliwia dalszą potrzebę chowu delfinów butlonosych, których populacja wolnościowa nie jest zagrożona.

Delfiny żyjące w ZOO przyciągnęłyby wiele setek tysięcy zwiedzających, a dzięki takim dodatkowym pieniądzom mogłoby powstać na przestrzeni kolejnych lat prawdziwe i unikalne walarium, w którym można by utrzymywać, i może nawet rozmnażać, zagrożone wyginięciem delfiny rzeczne, małe delfiny czy morświny (tu składam swoje skromne słowa wielkiego poparcia i uznania dla niebywałej determinacji i działalności wspaniałego pana prof. K. Skóry).

Już 13 lat temu spodziewałem się, iż w Polsce dojrzeje idea budowy delfinarium. W ciągu tych lat jedynie 2 znane mi osoby poświęciły się rozległym pracom naukowym na temat hodowli delfinów i delfinoterapii, teraz nawet gdyby chciały wesprzeć tę ideę – nie mogą. A poza kto chciałby ich wysłuchać…..?

Znamienne stają się słowa prof. Tomilina, który pisał o „ludziach morza”. A gdyby butlonosy mogły przyczynić się do niesienia pomocy chorym ludziom, a przy tym móc ratować zagrożone wyginięciem inne gatunki ssaków morskich – potwierdziłoby się tylko nadanie im słusznego przydomka – ambasador mórz i oceanów.

Relacja rodzica z pobytu w Island Dolphin Care

Poniżej, publikuję artykuł Magdaleny Lesiak, mamy 3-letniego Huberta, który we wrześniu 2007 r. brał udział w delfinoterapii, w IDC na Florydzie. Tym samym, bardzo dziękując jej za poświęcony czas i za to, że zgodziła się napisać o swoich emocjach, opisując całą historię od początku do końca.

Zaczynałam już kilka razy pisać i nie bardzo wiem jak zacząć. Może wiec zacznę od początku…

Nazywam się Magdalena Lesiak, mój syn ma niespełna 3 latka, jest dzieckiem niepełnosprawnym, nie jest jednak do końca diagnozowany ponieważ badania wychodzą mu dobrze. Lekarze jednak „przypinają” mu porażenie mózgowe czterokończynowe. Może źle to zabrzmi w stosunku do innych chorych dzieciaków, jednak mam nadzieje, że nie urażę tym nikogo, mój syn wygląda normalnie, nie widać po nim choroby. Nawet często lekarze pierwszego kontaktu nie widzą w nim niepełnosprawności-do momentu kiedy zapytają „dlaczego on nie chodzi…” i tak dalej. Tak wiec Hubert nie chodzi, nie siedział ( ten właśnie wątek rozwinę w dalszej części), nie mówi, ma problemy z rączkami i kontaktem. Jednak nie o tym miałam pisać…

We wrześniu tego roku spędziliśmy trzy najpiękniejsze i przełomowe dla Huberta tygodnie w naszym wspólnym życiu! Spędziliśmy je oczywiście w Key Largo na Florydzie, na delfinoterapii. Dlaczego najpiękniejsze? Bo wspólne-rodzinne w ciepłym i kolorowym miejscu. Dlaczego przełomowe? Po pierwsze dlatego, że Hubert zaczął samodzielnie siadać!!! Po drugie, zaczął łapać lepszy kontakt z nami i całym otoczeniem. Po trzecie, nauczyliśmy się poprzez zabawę rozwijać nasze dziecko. Co uwierzcie mi, dla mnie było nowe, dziwne, nieznane. Być może dlatego, że pochodzę z małego miasteczka, nie miałam pojęcia o takiej formie terapii, która dla nas okazała się strzałem w dziesiątkę! Ale od początku…

O delfinoterapii dowiedziałam się na przełomie marca i kwietnia tego roku. Najpierw moją myśl przyciągnęły delfiny na Ukrainie. Jak zaczęłam dalej poszukiwać informacji na ten temat okazało się, że nie jest to takie łatwe dostać się na Ukrainę, ponieważ: nie chcą przyjmować polskich dzieci, a nawet polskich terapeutów!!!!!!! A jeśli w ogóle jest to możliwe, to trzeba liczyć się z ogromnymi kosztami, nie tylko związanymi z terapią. Poza tym jak się okazało, koszt 2 tygodniowej terapii na Ukrainie przekracza koszt 3 tygodniowej terapii w Stanach Zjednoczonych. Sama to sprawdziłam ( co nie jest trudne, wystarczy znaleźć w Internecie). Troszkę się podłamałam, bo wizja nas lecących do Stanów była raczej niewiarygodna. Bardzo chciałabym pomóc mojemu synkowi i jak każdy rodzic zrobię wszystko dla mojego dziecka, aby jak najbardziej usprawnić go i przygotować do samodzielnego życia, bo przecież kiedyś nas zabraknie… Dlatego nie poddałam się! Zaryzykowałam i napisałam maila do Island Dolphin Care w USA z zapytaniem o terminy. Nie czekałam długo na odpowiedź. Jak się okazało, odpisała do mnie Ania Kolan-Zwolińska (założycielka tej strony), która jako jedyna w Polsce ma największa wiedzę na ten temat. Oczywiście postanowiłam jak najszybciej spotkać się z Ania, aby porozmawiać. Aplikacja, którą trzeba wypełnić i odesłać do IDC wraz z krótkim filmem o dziecku okazała się dobrą okazją do spotkania, a Ania wspaniałą osobą z pasją i chęcią pomocy. Tak wiec zarezerwowaliśmy termin.

Oczywiście, zanim doszło do konkretów spotkało mnie wiele trudności. Największą było przekonanie mojego męża, że może nam się udać. PAMIĘTAJCIE: TRZEBA WIERZYC I DĄŻYĆ DO CELU!!! A na pewno się uda, nie wolno się poddawać, chociaż i ja miałam kilka takich chwil, gdzie chciałam się poddać. Nie ukrywam, że koszt tej terapii jest bardzo wysoki i to było największą przeszkodą.
Teraz wiem, o co chodziło mojemu mężowi i miał w tym wiele swoich racji, jednak żadne z nas nie żałuje tego wyjazdu. Za każdym razem kiedy patrzyłam na Hubcia po prostu wiedziałam ze musze spróbować i zawalczyć o jego dobro!

Dość szybko udało nam się założyć Hubciowi konto w fundacji „Zdążyć z Pomocą”. Rozpoczęliśmy poszukiwania sponsorów, co jest strasznie trudne. Wpłaty były, ale nadal bardzo dużo brakowało. Znaleźliśmy w końcu „sponsora”. Ale to nie koniec, najgorsze czekało na nas w Ambasadzie…Ponieważ mamy niewielkie dochody pan Ambasador robił nam wiele problemów z wydaniem wizy. Wyobraźcie sobie, że przeciętny Polak nie jest „godzien” wyjechać do USA ponieważ za mało zarabia (to jest moje zdanie). Wracając do tematu, na jednej wizycie się nie skończyło! Dostaliśmy od Ambasadora list, który umożliwiał nam wejście na teren Ambasady kiedy chcemy. Musieliśmy dostarczyć dokumenty stwierdzające, że mamy pieniądze na tak droga podroż i wszelkie inne, wskazujące, że faktycznie lecimy na terapię. Dodatkowo, musieliśmy mieć od lekarza zaświadczenie ze Hubert cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Tak wiec udaliśmy się do CZD w Warszawie, tam gdzie Hubcio jest leczony, i lekarz, oczywiście nam takie zaświadczenie wystawił. Powiedział nawet, że ma dzieciaki, które uczestniczyły w terapii z delfinami na Ukrainie i faktycznie jest poprawa. Wiec dla mnie to po prostu super. Lekarz-specjalista który w to wierzy!!!! Byłam tak szczęśliwa… obawiałam się jednak, że znowu się nie sprawdzi. Już tyle razy wierzyliśmy, próbowaliśmy i nic nie drgnęło w jego rozwoju. Tak wiec wróciliśmy do Ambasady z kompletem” papierków” które wymagał pan Ambasador (dodatkowo poprosiłam Clare z IDC aby przesłała faks do Ambasady USA w Polsce z potwierdzeniem ze faktycznie zapłaciliśmy i, że mamy terapię). Tym razem nie mogło się nie udać, pan Ambasador już nie miał do czego się przyczepić i wydal nam roczną wizę! Mieliśmy nadzieje, że dostaniemy na 5 lat ale dobre i to!

Pozostało nam się pakować… 30 sierpnia 2007 o godzinie 7.05 nasz samolot wystartował z Okęcia. Lot był spokojny, nawet fajny. Cała podróż trwała 12 godzin samego lotu, doliczając odprawy i wszystko inne, po 15 godzinach byliśmy w Miami! Pogoda cudna, słonko, gorąc, palmy, wszędzie mili, kulturalni, przyjaźni ludzie. Ponieważ był to czwartek, a terapie zaczynaliśmy w poniedziałek, mieliśmy czas na zaaklimatyzowanie się i zorientowanie w terenie.

3 września, o godzinie 8 rano stawiliśmy się w IDC. Najpierw wszystkie organizacyjne sprawy, zapoznanie się z całą ekipą, każdy dostał swoja teczkę z planem. I zaczynamy zajęcia! Pierwsze pływanie było ok, ponieważ Hubert uwielbia wodę, nie było problemu. Chyba większą frajdę ta woda na początku sprawiła niż delfin. Jednak po kilku dniach Hubcio zaczął zwracać uwagę na Fiji, z którym pływał. Fijji skakał dla niego, przynosił prezenty spod wody, całował i sprawił ze Hubcio się nim zainteresował! W drugim tygodniu naszego pobytu, nasz syn, w nocy o 1.30 samodzielnie usiadł!!!!! Oczywiście z brzuszka, tak jak dzieciaki zbierają się do raczkowania. Byłam w szoku! Mój mąż wziął kamerę i nagrywał poczynania naszego synusia, bo baliśmy się, że to taka chwilka, i minie… na szczęście okazało się, że ta chwilka nie minęła i nadal trwa, i rozwija się coraz bardziej! W chwili obecnej Hubcio złapał troszkę równowagi i potrafi utrzymać się na kolankach dłużej, coraz dłużej.

Mieliśmy okazje popływać razem, ja mój mąż, Hubcio i Deena. Jest to wspaniałe przeżycie. Hubciowi najbardziej podobało się właśnie takie pływanie, z mamusią i tatusiem. Jednak nie każdy ma taką możliwość. Nasza terapia to 2 tygodnie pływania z terapeuta i tydzień tzw. „natural swim”, czyli swobodne pływanie z delfinami, bez żadnych ćwiczeń. Na początku bałam się bardzo, woda jest głęboka i wielkie zwierzęta. Ale te wspaniale zwierzęta okazały się tak cudowne i życzliwe ze strach szybko zniknął. Najważniejsze, że Hubcio był szczęśliwy! Poza tym, Deena nauczyła nas, jak poprzez zabawę złapać kontakt z dzieckiem, pokazała nam ze Hubert lubi zabawki. Uwierzcie mi, że przed wylotem do Stanów, mój synek nie umiał bawić się zabawkami!!!
Miał ich wiele, ale nie chciał się nimi bawić. Zabawa z pianka do golenia, papranie się w czekoladzie i wiele innych zabaw, o których dowiedziałam się w IDC stosuje teraz w domu. Hubert uwielbia bawić się w piance do golenia! Poprzez to pracuje paluszkami i całą dłonią, która była zaciśnięta.

Wszyscy w IDC są mil i przyjaźni, szczególnie Deena, założycielka i właścicielka Island Dolphin Care. Jest bardzo szczerą i oddaną osobą. Chętnie służy pomocą, radą. Widać, że ją to interesuje i naprawdę chce pomóc. Niektórzy z was pomyślą, że tak jest, bo się słono za to płaci, ale wcale nie o to chodzi. Ona w swoim życiu wiele przeszła, jej syn, w tej chwili dorosły mężczyzna, tez jest chory. Ale walczyła o niego. Dzięki temu jest teraz w pełni sprawny. Deena naprawdę przejmuje się wszystkimi, każdemu chciałaby pomóc. Powiedziała mi kiedyś: „…ty się martwisz, czy Hubert będzie chodził i kiedy, a ja ile jeszcze mój syn będzie żył?!” Oczywiście, jak w wielu takich chwilach, łez nie zabrakło. Deena cieszyła się jak „matka”, jak jej powiedziałam, że Hubcio zaczął sam siadać. Spędzała z nim wiele czasu, chociaż był ciężkim pacjentem ona się nie poddawała. Mówiła, że nie wypuści mnie dopóki choć troszkę nie wpłynie pozytywnie na jego rozwój. I faktycznie, tak się stało! Za to będę jej zawsze wdzięczna. Kiedy przyszedł dzień pożegnania, już czułam, że będzie mi tego brakowało, jej słów otuchy, czekania na kolejne jutro-może znowu Hubcio zrobi jakiś postęp, tych wszystkich wspaniałych i chętnych pomocy ludzi! W Polsce bardzo sprawdza się powiedzenie : „ umiesz liczyć, licz na siebie!” W IDC każdy, w miarę swoich możliwości pomaga. Tego mi brakuje…

Podsumowując, pomimo wielu problemów przed wyjazdem i wielu po powrocie, nigdy nie będę żałowała tego wyjazdu!!! Postaram się bardzo, aby móc wrócić tam jak najszybciej.

Chciałabym podziękować Ani Kolan-Zwolińskiej, za udzielenie wszelkich informacji, udostępnienie zdjęć i za jej wspaniałe opowiadania o delfinach. Dziękuję również mojej siostrze Eli, która nigdy nie zwątpiła w to, że się uda, zawsze mnie wspierała. Podziękowania kieruję również do moich teściów, bez których nie byłby możliwy nasz wyjazd, może tajemniczo to zabrzmi…ale oni wiedzą dlaczego. I wreszcie mojej mamie, którą bardzo kocham i wiem, że tez w nas wierzyła, moim siostrom, rodzeństwu mojego męża, szczególnie Ani za to, że są zawsze z nami!

Za parę dni dostępna będzie strona Hubcia na której będą wszystkie zdjęcia, opisy od początku rehabilitacji i wszystko o nim. Jeśli ktoś będzie zainteresowany to zapraszamy: www.hubertlesiak.republika.pl.

Magdalena Lesiak

Warto mieć jakąś pasję

Ludzie wciąż pytają mnie, jak zaczęła się moja przygoda z delfinami. Tak naprawdę był to przypadek i w momencie, kiedy pierwszy raz pomyślałam o pracy z delfinami, nie zdawałam sobie sprawy, że to marzenie tak szybko się spełni. Bez pasji i marzeń życie byłoby strasznie smutne, więc warto je mieć i realizować je. Poniżej umieszczam artykuł, który udało mi się napisać jakiś czas temu, a który nigdy nie został przeze mnie opublikowany. Czytaj dalej