Island Dolphin Care 2008

Za tydzień kolejny raz wyruszam zdobywać doświadczenie w IDC. W tym roku wyjątkowo dużo rodzin z Polski bierze udział w terapii, co będzie wiązało się z nowymi przeżyciami i wrażeniami rodziców. Oczywiście czekam na pisemne relacje od wszystkich tych, którzy będą chcieli napisać coś od siebie. Dla każdego znajdzie się miejsce na tej stronie. Ja, oczywiście również napiszę coś z własnego punktu widzenia i o moich nowych doświadczeniach terapeutycznych. Pozdrawiam wszystkich i życzę miłych wakacji.

Terenowy Komitet Ochrony Praw Dziecka

Koniec kwietnia był dla mnie wyjątkowo szkoleniowy i pełen wykładów. Miałam okazję brać udział, najpierw w konferencji pt: „Dziecko w sytuacji rozstania rodziców”, potem w trzydniowym szkoleniu pt: „Jak pracować z dzieckiem, przejawiającym zaburzenia zachowania”. Obydwa spotkania zorganizowane zostały przez TKOPD w Poznaniu. Piszę o tym ponieważ chciałam podzielić się moimi wrażeniami i wyrazić swoje zdanie na temat organizacji konferencji oraz informacji merytorycznych, zawartych podczas szkolenia. Jeśli pracujecie z dziećmi warto wiedzieć o Komitecie i odwiedzać czasem ich stronę.

Zapraszane osoby, to zarówno doświadczeni praktycy, jak i szanowane autorytety naukowe z dziedziny psychologii rozwoju dziecka (np. prof. A. Brzezińska, czy też prof. M. Beisert). Konferencje organizowane są bardzo profesjonalnie, słuchacze dostają bardzo dużo materiałów konferencyjnych. Wszystkie wykłady opublikowane są w osobnej książce, tak aby zawsze można było do nich wrócić.

Szkolenia przeprowadzane są w formie warsztatów, co również jest ogromną zaletą, szczególnie dla wszystkich, pracujących w bezpośrednim kontakcie z dzieckiem. Każdy ma szansę nauczyć się czegoś nowego oraz skonfrontowania umiejętności z resztą grupy. Myślę, że dla każdego praktyka taka forma szkolenia jest pewnego rodzaju wglądem w siebie oraz daje możliwość spoglądania na pewne problemy  z innej perspektywy.

Wykład pt: „ADHD a kynoterapia”

23 kwietnia 2008 r. o godz. 19.00 odbędzie się spotkanie z Grażyną Jujką – Prezesem Fundacji Kynoterapeutycznej „Sekret Gai”. Zapraszam wszystkich zainteresowanych do Lubonia k/Poznania, do Biblioteki Miejskiej, która mieści się przy ul. Żabikowskiej 42. Temat wykładu to „Zespół nadpobudliwości psychoruchowej a kynoterapia”.

Czy jest nam potrzebne delfinarium?

[singlepic=167,320,240,,left]Delfiny – to „ludzie morza” pisał wielki cetolog prof. Tomilin. Od zarania fascynują człowieka. Wiele gatunków rzędu Cetacea pozbawionych, nie wiedzieć dlaczego, zgubnych dlań antropofobicznych cech, od wieków z łatwością wpadają w prymitywne pułapki zastawiane przez człowieka… także i dzisiaj, choć są one już bardziej wyrafinowane.

Ludzka fascynacja wielorybami i delfinami nie czyniła żadnych przeszkód w uprawianiu masowych mordów na tych zwierząt (nawet dla „sportu”) i całkowitemu ich wykorzystywaniu w wielu gałęziach przemysłu.

Dziś, poza (nie)licznymi przypadkami we wschodniej i południowej Azji, okolicach Alaski i na Azorach, ssaki morskie mogą raczej bezpiecznie przebywać w swoim skażonym i ciągle zatruwanym wielkim błękicie.

Delfiny wszelakich gatunków, aby przetrwać muszą przyswajać sobie nową wiedzę. Nie tylko rekiny i orki stanowią dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo, ale i wszelkie śruby napędowe jednostek pływających, niewidzialne przez ich sonary sieci, czy też jakże częste na morskich szlakach katastrofy tankowców.

Amerykanie jako pierwsi zorientowali się, że utrzymywanie delfinów w warunkach trwale ograniczonych od morza może przynieść wiele korzyści nie tylko wojsku, ale także ludności cywilnej. Bodźcami do rozwoju delfinariów stały się badania naukowe, delfinoterapia oraz chęć czerpania zysków z przedstawień tresowanych zwierząt. I zaczęło się od Florydy w latach 30. XX wieku. Eksperymentowano z wieloma gatunkami waleni: orki, orki karłowate, grindwale, białuchy, delfiny zwyczajne, długoszczękie, krótkogłowe, risso, butlonosy, sotalie, inie, morświny zwyczajne, bezpióre, i pewnie wiele innych. Obecnie w Europie jest wiele aqua-parków, cyrków, ZOO, delfinariów, gdzie przetrzymuje się delfiny; głównie butlonose (Tursiops truncatus), gdyż te zdecydowanie najłatwiej utrzymują się w warunkach sztucznych, nie są zbyt agresywne, łatwo poddają się tresurze, co ważne – jedzą stosunkowa mało ryb, a przede wszystkim ujmują swoim wyglądem i zachowaniem każdego(sic!) człowieka (może z wyjątkiem ludzi bezdusznych)…. Mówiąc delfin – czasem bezwiednie kojarzymy to pojęcie właśnie z tym gatunkiem. Trudno więc byłoby odebrać mu miano morskiego ambasadora ssaków.

Chów delfinów (szczególnie hodowla) nigdy nie był usłany sukcesami.

Człowiek pomyślał ekonomicznie i począł budować ośrodki blisko mórz, aby mieć łatwy, nieograniczony, a głównie tani dostęp do wody morskiej. Według moich badań (1996-1998) wszystkie delfinaria tego rodzaju w Europie posiadały więcej problemów zdrowotnych ze swoimi podopiecznymi w porównaniu do ośrodków wybudowanych w głębi kraju i korzystającej z wody słodkiej z dodawaniem soli, stosowaniem skomplikowanej filtracji, utleniania i dezynfekcji.

Wszakże idea budowy delfinarium pojawiła się już w latach 70. w poznańskim oraz warszawskim ZOO, do napisania tego krótkiego artykułu skłoniły mnie dziwne informacje docierające z Torunia, Tarnowskich Gór, Wrocławia o planowaniu budowy „pierwszego polskiego aqua-parku z delfinami”.

Zagadnieniu wieloaspektowej możliwości budowy pierwszego w Polsce delfinarium poświęciłem kilka lat, w których odbyłem wiele podróży do delfinariów (i nie tylko), poznawałem różne sposoby i metody ich prowadzenia, spędzałem dniami i nocami wiele godzin podpatrując delfiny, ich zachowania stadne, pokarmowe, godowe… Oprócz butlonosów widziałem utrzymywane białuchy, orki, grindwale, morświny, delfiny krzyżowate, inie, a nawet bardzo już rzadkie morświny bezpióre.

Bezsprzeczny jest fakt, iż gdyby nie delfinaria i badania (prowadzone niestety głównie w USA) nie widzielibyśmy tyle o delfinach, o ich zdolnościach, możliwościach poznawczych, a nawet terapeutycznych!

Z powyższych słów nadal nie wynika czy jestem adwersarzem, czy też adherentem istnienia delfinów w warunkach niewoli, szczególnie w Polsce. Pragnę już w tym miejscu napisać Szanownemu Czytelnikowi, iż tak(!), jestem zwolennikiem budowy delfinarium.

Jednak pod kilkoma znaczącymi warunkami:

  1. jeśli jest to gatunek Tursiops truncatus, urodzony w niewoli, bądź bardzo długo przebywający w niewoli
  2. jeśli jest to przedstawiciel każdego zagrożonego gatunku (np. wszystkie gatunki delfinów rzecznych; i są możliwości na jego odpowiednie utrzymywanie, celowo nie piszę – spełnione warunki określone do potrzeb danego gatunku, ponieważ takowe nie istnieją dla wszystkich gatunków waleni)
  3. jeśli z założenia dany ośrodek nie powstaje w celu szybkiego zwrotu poniesionych kosztów, czyli głębokie nastawienie na czerpanie sporych zysków przykryte szczytnymi celami, które czas rychło rozmyje
  4. jeśli zostanie zatrudniony odpowiedni, tj. przeszkolony, personel do obsługi, pielęgnacji zwierząt oraz do umiejętnego promowania, zarządzania i kontrolowania ośrodka (aby nie powtórzyła się skandaliczna sytuacja opisana w raporcie dotyczącym angielskich delfinariów)
  5. jeśli powstanie nowoczesny ośrodek w odpowiednim miejscu!!!! Czyli nie jako dodatek do aqua-parków, i nie jako osobny ośrodek z wymalowanymi ścianami akrylową, niebieską farbą, w mało znaczącym mieście z betonowymi przyległymi parkingami i budkami serwującymi żywność typu fast-food
  6. jeśli będzie prowadzona prawdziwa(!!!!) działalność edukacyjna oraz możliwość prowadzenia fachowej(!!!!) delfinoterapii
  7. jeśli powstanie specjalna infrastruktura – dodatkowe zbiorniki, system bezpiecznej dezynfekcji i filtracji, ogrzewanie, a także pomieszczenia dla personelu, osób przebywających w ośrodku czy korzystających z niego w ramach leczenia, prowadzenia badań naukowych

Moim skromnym zdaniem nie spełnienie powyższych warunków budzić powinno niepokój nie tylko związany z losem zwierząt, ale i wydanymi pieniędzmi na to dość spore przedsięwzięcie.

Według własnych badań, delfiny budzą ogromne zainteresowanie pośród dzieci. Delfin wygrywał z łatwością z lwem, słoniem, żyrafą, nosorożcem. Spotkanie i dotknięcie delfina to marzenie naprawdę dla wielu polskich dziec! Mieszkańcy pięciu największych miast polskich popierało (w ponad 97%) ideę budowy delfinarium w Polsce, nie mając przy tym pojęcia co to jest –morświn.

Uważam, że najrozsądniejszym miejscem na budowę delfinarium, w warunkach panujących w Polsce, jest teren ogrodu zoologicznego. Najlepsze warunki na to przedsięwzięcie posiadają dwa ogrody: Nowe ZOO w Poznaniu i ZOO w Gdańsku-Oliwie. Oczywiście z przyczyn finansowych powinien to być wyodrębniony ośrodek, tzn. wejście za dodatkową opłatą, a z powodu szczególnego bezpieczeństwa zwierząt i ludzi z osobną kadrą zarządzającą podlegającą dyrektorowi danego ZOO.

Nie zapominajmy, ze delfiny to zwierzęta. Dla przyrodnika to jeden z pośród milionów genialnie przystosowanych do życia w swoim środowisku nadal trwający gatunek. Izolacja tego gatunku poprzez budowanie osobnych ośrodków, poza terenem ZOO, czyni z tych zwierząt swoisty produkt rynkowy. Jakże zinterpretować fakt wydania od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych (koszt zależny od wiedzy i projektu) dla 3-5, a może nawet siedmiu delfinów butlonosych? To jak budowanie teatru dla aktorów, którzy muszą tę inwestycję zwrócić. A jeśli coś się nie powiedzie? Plan B – pływalnia miejska?

Delfinarium na terenie ZOO to ogromny napęd dla całego ogrodu! Więcej zwiedzających, więcej pieniędzy, większe możliwości edukacyjne, nie hamując przy tym możliwości tworzenia profesjonalnego ośrodka terapeutycznego. To ogromny poligon dla przyrodników, psychologów, terapeutów, rehabilitantów, itp.

Delfinoterapia to ważna i skuteczna (przy wielu jednostkach chorobowych) metoda leczenia lub jego wspomagania. Już pierwsze wyniki badań pioniera tej metody dr. Natansona były wielce obiecujące, a wykorzystanie delfinów do takich celów w dużej mierze usprawiedliwia dalszą potrzebę chowu delfinów butlonosych, których populacja wolnościowa nie jest zagrożona.

Delfiny żyjące w ZOO przyciągnęłyby wiele setek tysięcy zwiedzających, a dzięki takim dodatkowym pieniądzom mogłoby powstać na przestrzeni kolejnych lat prawdziwe i unikalne walarium, w którym można by utrzymywać, i może nawet rozmnażać, zagrożone wyginięciem delfiny rzeczne, małe delfiny czy morświny (tu składam swoje skromne słowa wielkiego poparcia i uznania dla niebywałej determinacji i działalności wspaniałego pana prof. K. Skóry).

Już 13 lat temu spodziewałem się, iż w Polsce dojrzeje idea budowy delfinarium. W ciągu tych lat jedynie 2 znane mi osoby poświęciły się rozległym pracom naukowym na temat hodowli delfinów i delfinoterapii, teraz nawet gdyby chciały wesprzeć tę ideę – nie mogą. A poza kto chciałby ich wysłuchać…..?

Znamienne stają się słowa prof. Tomilina, który pisał o „ludziach morza”. A gdyby butlonosy mogły przyczynić się do niesienia pomocy chorym ludziom, a przy tym móc ratować zagrożone wyginięciem inne gatunki ssaków morskich – potwierdziłoby się tylko nadanie im słusznego przydomka – ambasador mórz i oceanów.

Szczęśliwego Nowego Roku 2008!

Niech spełniają się Wasze życzenia i najskrytsze marzenia.
Życzę Wam wiary w sercu i światła w mroku, w nadchodzącym Nowym Roku.
Abyście jednym krokiem mijali przeszkody i byście czuli się silni i wiecznie młodzi.

Ania

Zaszufladkowano do kategorii różne

Relacja rodzica z pobytu w Island Dolphin Care

Poniżej, publikuję artykuł Magdaleny Lesiak, mamy 3-letniego Huberta, który we wrześniu 2007 r. brał udział w delfinoterapii, w IDC na Florydzie. Tym samym, bardzo dziękując jej za poświęcony czas i za to, że zgodziła się napisać o swoich emocjach, opisując całą historię od początku do końca.

Zaczynałam już kilka razy pisać i nie bardzo wiem jak zacząć. Może wiec zacznę od początku…

Nazywam się Magdalena Lesiak, mój syn ma niespełna 3 latka, jest dzieckiem niepełnosprawnym, nie jest jednak do końca diagnozowany ponieważ badania wychodzą mu dobrze. Lekarze jednak „przypinają” mu porażenie mózgowe czterokończynowe. Może źle to zabrzmi w stosunku do innych chorych dzieciaków, jednak mam nadzieje, że nie urażę tym nikogo, mój syn wygląda normalnie, nie widać po nim choroby. Nawet często lekarze pierwszego kontaktu nie widzą w nim niepełnosprawności-do momentu kiedy zapytają „dlaczego on nie chodzi…” i tak dalej. Tak wiec Hubert nie chodzi, nie siedział ( ten właśnie wątek rozwinę w dalszej części), nie mówi, ma problemy z rączkami i kontaktem. Jednak nie o tym miałam pisać…

We wrześniu tego roku spędziliśmy trzy najpiękniejsze i przełomowe dla Huberta tygodnie w naszym wspólnym życiu! Spędziliśmy je oczywiście w Key Largo na Florydzie, na delfinoterapii. Dlaczego najpiękniejsze? Bo wspólne-rodzinne w ciepłym i kolorowym miejscu. Dlaczego przełomowe? Po pierwsze dlatego, że Hubert zaczął samodzielnie siadać!!! Po drugie, zaczął łapać lepszy kontakt z nami i całym otoczeniem. Po trzecie, nauczyliśmy się poprzez zabawę rozwijać nasze dziecko. Co uwierzcie mi, dla mnie było nowe, dziwne, nieznane. Być może dlatego, że pochodzę z małego miasteczka, nie miałam pojęcia o takiej formie terapii, która dla nas okazała się strzałem w dziesiątkę! Ale od początku…

O delfinoterapii dowiedziałam się na przełomie marca i kwietnia tego roku. Najpierw moją myśl przyciągnęły delfiny na Ukrainie. Jak zaczęłam dalej poszukiwać informacji na ten temat okazało się, że nie jest to takie łatwe dostać się na Ukrainę, ponieważ: nie chcą przyjmować polskich dzieci, a nawet polskich terapeutów!!!!!!! A jeśli w ogóle jest to możliwe, to trzeba liczyć się z ogromnymi kosztami, nie tylko związanymi z terapią. Poza tym jak się okazało, koszt 2 tygodniowej terapii na Ukrainie przekracza koszt 3 tygodniowej terapii w Stanach Zjednoczonych. Sama to sprawdziłam ( co nie jest trudne, wystarczy znaleźć w Internecie). Troszkę się podłamałam, bo wizja nas lecących do Stanów była raczej niewiarygodna. Bardzo chciałabym pomóc mojemu synkowi i jak każdy rodzic zrobię wszystko dla mojego dziecka, aby jak najbardziej usprawnić go i przygotować do samodzielnego życia, bo przecież kiedyś nas zabraknie… Dlatego nie poddałam się! Zaryzykowałam i napisałam maila do Island Dolphin Care w USA z zapytaniem o terminy. Nie czekałam długo na odpowiedź. Jak się okazało, odpisała do mnie Ania Kolan-Zwolińska (założycielka tej strony), która jako jedyna w Polsce ma największa wiedzę na ten temat. Oczywiście postanowiłam jak najszybciej spotkać się z Ania, aby porozmawiać. Aplikacja, którą trzeba wypełnić i odesłać do IDC wraz z krótkim filmem o dziecku okazała się dobrą okazją do spotkania, a Ania wspaniałą osobą z pasją i chęcią pomocy. Tak wiec zarezerwowaliśmy termin.

Oczywiście, zanim doszło do konkretów spotkało mnie wiele trudności. Największą było przekonanie mojego męża, że może nam się udać. PAMIĘTAJCIE: TRZEBA WIERZYC I DĄŻYĆ DO CELU!!! A na pewno się uda, nie wolno się poddawać, chociaż i ja miałam kilka takich chwil, gdzie chciałam się poddać. Nie ukrywam, że koszt tej terapii jest bardzo wysoki i to było największą przeszkodą.
Teraz wiem, o co chodziło mojemu mężowi i miał w tym wiele swoich racji, jednak żadne z nas nie żałuje tego wyjazdu. Za każdym razem kiedy patrzyłam na Hubcia po prostu wiedziałam ze musze spróbować i zawalczyć o jego dobro!

Dość szybko udało nam się założyć Hubciowi konto w fundacji „Zdążyć z Pomocą”. Rozpoczęliśmy poszukiwania sponsorów, co jest strasznie trudne. Wpłaty były, ale nadal bardzo dużo brakowało. Znaleźliśmy w końcu „sponsora”. Ale to nie koniec, najgorsze czekało na nas w Ambasadzie…Ponieważ mamy niewielkie dochody pan Ambasador robił nam wiele problemów z wydaniem wizy. Wyobraźcie sobie, że przeciętny Polak nie jest „godzien” wyjechać do USA ponieważ za mało zarabia (to jest moje zdanie). Wracając do tematu, na jednej wizycie się nie skończyło! Dostaliśmy od Ambasadora list, który umożliwiał nam wejście na teren Ambasady kiedy chcemy. Musieliśmy dostarczyć dokumenty stwierdzające, że mamy pieniądze na tak droga podroż i wszelkie inne, wskazujące, że faktycznie lecimy na terapię. Dodatkowo, musieliśmy mieć od lekarza zaświadczenie ze Hubert cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Tak wiec udaliśmy się do CZD w Warszawie, tam gdzie Hubcio jest leczony, i lekarz, oczywiście nam takie zaświadczenie wystawił. Powiedział nawet, że ma dzieciaki, które uczestniczyły w terapii z delfinami na Ukrainie i faktycznie jest poprawa. Wiec dla mnie to po prostu super. Lekarz-specjalista który w to wierzy!!!! Byłam tak szczęśliwa… obawiałam się jednak, że znowu się nie sprawdzi. Już tyle razy wierzyliśmy, próbowaliśmy i nic nie drgnęło w jego rozwoju. Tak wiec wróciliśmy do Ambasady z kompletem” papierków” które wymagał pan Ambasador (dodatkowo poprosiłam Clare z IDC aby przesłała faks do Ambasady USA w Polsce z potwierdzeniem ze faktycznie zapłaciliśmy i, że mamy terapię). Tym razem nie mogło się nie udać, pan Ambasador już nie miał do czego się przyczepić i wydal nam roczną wizę! Mieliśmy nadzieje, że dostaniemy na 5 lat ale dobre i to!

Pozostało nam się pakować… 30 sierpnia 2007 o godzinie 7.05 nasz samolot wystartował z Okęcia. Lot był spokojny, nawet fajny. Cała podróż trwała 12 godzin samego lotu, doliczając odprawy i wszystko inne, po 15 godzinach byliśmy w Miami! Pogoda cudna, słonko, gorąc, palmy, wszędzie mili, kulturalni, przyjaźni ludzie. Ponieważ był to czwartek, a terapie zaczynaliśmy w poniedziałek, mieliśmy czas na zaaklimatyzowanie się i zorientowanie w terenie.

3 września, o godzinie 8 rano stawiliśmy się w IDC. Najpierw wszystkie organizacyjne sprawy, zapoznanie się z całą ekipą, każdy dostał swoja teczkę z planem. I zaczynamy zajęcia! Pierwsze pływanie było ok, ponieważ Hubert uwielbia wodę, nie było problemu. Chyba większą frajdę ta woda na początku sprawiła niż delfin. Jednak po kilku dniach Hubcio zaczął zwracać uwagę na Fiji, z którym pływał. Fijji skakał dla niego, przynosił prezenty spod wody, całował i sprawił ze Hubcio się nim zainteresował! W drugim tygodniu naszego pobytu, nasz syn, w nocy o 1.30 samodzielnie usiadł!!!!! Oczywiście z brzuszka, tak jak dzieciaki zbierają się do raczkowania. Byłam w szoku! Mój mąż wziął kamerę i nagrywał poczynania naszego synusia, bo baliśmy się, że to taka chwilka, i minie… na szczęście okazało się, że ta chwilka nie minęła i nadal trwa, i rozwija się coraz bardziej! W chwili obecnej Hubcio złapał troszkę równowagi i potrafi utrzymać się na kolankach dłużej, coraz dłużej.

Mieliśmy okazje popływać razem, ja mój mąż, Hubcio i Deena. Jest to wspaniałe przeżycie. Hubciowi najbardziej podobało się właśnie takie pływanie, z mamusią i tatusiem. Jednak nie każdy ma taką możliwość. Nasza terapia to 2 tygodnie pływania z terapeuta i tydzień tzw. „natural swim”, czyli swobodne pływanie z delfinami, bez żadnych ćwiczeń. Na początku bałam się bardzo, woda jest głęboka i wielkie zwierzęta. Ale te wspaniale zwierzęta okazały się tak cudowne i życzliwe ze strach szybko zniknął. Najważniejsze, że Hubcio był szczęśliwy! Poza tym, Deena nauczyła nas, jak poprzez zabawę złapać kontakt z dzieckiem, pokazała nam ze Hubert lubi zabawki. Uwierzcie mi, że przed wylotem do Stanów, mój synek nie umiał bawić się zabawkami!!!
Miał ich wiele, ale nie chciał się nimi bawić. Zabawa z pianka do golenia, papranie się w czekoladzie i wiele innych zabaw, o których dowiedziałam się w IDC stosuje teraz w domu. Hubert uwielbia bawić się w piance do golenia! Poprzez to pracuje paluszkami i całą dłonią, która była zaciśnięta.

Wszyscy w IDC są mil i przyjaźni, szczególnie Deena, założycielka i właścicielka Island Dolphin Care. Jest bardzo szczerą i oddaną osobą. Chętnie służy pomocą, radą. Widać, że ją to interesuje i naprawdę chce pomóc. Niektórzy z was pomyślą, że tak jest, bo się słono za to płaci, ale wcale nie o to chodzi. Ona w swoim życiu wiele przeszła, jej syn, w tej chwili dorosły mężczyzna, tez jest chory. Ale walczyła o niego. Dzięki temu jest teraz w pełni sprawny. Deena naprawdę przejmuje się wszystkimi, każdemu chciałaby pomóc. Powiedziała mi kiedyś: „…ty się martwisz, czy Hubert będzie chodził i kiedy, a ja ile jeszcze mój syn będzie żył?!” Oczywiście, jak w wielu takich chwilach, łez nie zabrakło. Deena cieszyła się jak „matka”, jak jej powiedziałam, że Hubcio zaczął sam siadać. Spędzała z nim wiele czasu, chociaż był ciężkim pacjentem ona się nie poddawała. Mówiła, że nie wypuści mnie dopóki choć troszkę nie wpłynie pozytywnie na jego rozwój. I faktycznie, tak się stało! Za to będę jej zawsze wdzięczna. Kiedy przyszedł dzień pożegnania, już czułam, że będzie mi tego brakowało, jej słów otuchy, czekania na kolejne jutro-może znowu Hubcio zrobi jakiś postęp, tych wszystkich wspaniałych i chętnych pomocy ludzi! W Polsce bardzo sprawdza się powiedzenie : „ umiesz liczyć, licz na siebie!” W IDC każdy, w miarę swoich możliwości pomaga. Tego mi brakuje…

Podsumowując, pomimo wielu problemów przed wyjazdem i wielu po powrocie, nigdy nie będę żałowała tego wyjazdu!!! Postaram się bardzo, aby móc wrócić tam jak najszybciej.

Chciałabym podziękować Ani Kolan-Zwolińskiej, za udzielenie wszelkich informacji, udostępnienie zdjęć i za jej wspaniałe opowiadania o delfinach. Dziękuję również mojej siostrze Eli, która nigdy nie zwątpiła w to, że się uda, zawsze mnie wspierała. Podziękowania kieruję również do moich teściów, bez których nie byłby możliwy nasz wyjazd, może tajemniczo to zabrzmi…ale oni wiedzą dlaczego. I wreszcie mojej mamie, którą bardzo kocham i wiem, że tez w nas wierzyła, moim siostrom, rodzeństwu mojego męża, szczególnie Ani za to, że są zawsze z nami!

Za parę dni dostępna będzie strona Hubcia na której będą wszystkie zdjęcia, opisy od początku rehabilitacji i wszystko o nim. Jeśli ktoś będzie zainteresowany to zapraszamy: www.hubertlesiak.republika.pl.

Magdalena Lesiak

Warto mieć jakąś pasję

Ludzie wciąż pytają mnie, jak zaczęła się moja przygoda z delfinami. Tak naprawdę był to przypadek i w momencie, kiedy pierwszy raz pomyślałam o pracy z delfinami, nie zdawałam sobie sprawy, że to marzenie tak szybko się spełni. Bez pasji i marzeń życie byłoby strasznie smutne, więc warto je mieć i realizować je. Poniżej umieszczam artykuł, który udało mi się napisać jakiś czas temu, a który nigdy nie został przeze mnie opublikowany. Czytaj dalej